Mój mąż dostał rachunek na milion rubli z prywatnej szkoły – na dzieci, których nie mamy.
„Przyszedł rachunek na 1 420 000 rubli”.
Artem położył telefon ekranem do góry na kuchennym stole.
Lida opuściła klapkę laptopa o centymetr, ale nie zamknęła jej całkowicie. Aplikacja bankowa pozostała otwarta na ekranie, a saldo było wyraźnie widoczne z ich miejsc: 112 000 rubli do końca miesiąca.
Ich jedenastomiesięczny synek, Timosza, spał w nosidełku przy jej piersi. Na krześle naprzeciwko nich cicho zaświecił się drugi telefon. Dzwoniła matka Artema. Odrzucił połączenie, ale natychmiast oddzwoniła.
„Kto wysłał rachunek?” zapytała Lida.
„Szkoła. Gimnazjum Prezydenta. W Kryłackim”.
„Nie mamy dzieci w wieku szkolnym”.
„Właśnie w tym problem”.
Lida przyciągnęła syna do piersi i lewą ręką obróciła telefon męża w swoją stronę.
Do umowy dołączono standardowy plik PDF.
Płatnik: Sidorow Artiom Władimirowicz.
Jego identyfikator podatkowy, seria i numer paszportu – wszystko było na jego nazwisko.
Uczniowie: Sidorow Michaił Igoriewicz, lat jedenaście, i Sidorowa Sofia Igoriewna, lat osiem.
Dzieci Żanny.
„To są Misza i Sonia” – powiedział Artiom. „Dzieci Żanny”.
„Widzę ich nazwiska. Igoriewicz i Igoriewna”. Lida odłożyła telefon na stół. „Takie rzeczy się zdarzają”.
Żanny była starszą siostrą Artioma. Miała trzydzieści dziewięć lat i była rozwiedziona od trzech lat. Jej były mąż miał na imię Igor i mieli dwoje dzieci.
Żanny prowadziła salon kosmetyczny w pobliżu Sokoła i działała jako jednoosobowa działalność gospodarcza w ramach uproszczonego systemu podatkowego, płacąc sześć procent. Lida widziała już jej zeznanie podatkowe, kiedy Żanny poprosiła ją o pomoc w „rozwiązaniu problemu z urzędem skarbowym”. Jej roczne obroty wynosiły około ośmiu milionów rubli.
Według przybliżonych obliczeń Lidy, po odliczeniu wszystkich wydatków, Żanna zarabiała około 350 000 rubli miesięcznie. Nie była milionerką, ale z pewnością nie borykała się z problemami finansowymi.
Przed urlopem macierzyńskim Lida pracowała jako menedżer operacyjny w startupie logistycznym. Jej pensja netto wynosiła 380 000 rubli, a kwartalne premie zaczynały się od 150 000.
Teraz otrzymywała zasiłek macierzyński – nieco ponad 60 000 rubli miesięcznie.
Artem był inżynierem w fabryce. Oficjalnie zarabiał 110 000 rubli, ale ponieważ jego premie często były opóźnione, jego rzeczywisty dochód wynosił bliżej 90 000 rubli miesięcznie.
Kredyt hipoteczny na ich dwupokojowe mieszkanie w Niekrasowce kosztował 52 000 rubli miesięcznie. Był zaciągnięty na nazwisko Lidy. Zaliczkę wpłaciła również z dochodów ze sprzedaży mieszkania w Tule, które posiadała przed ślubem. Sprzedała go za nieco ponad cztery miliony rubli.
Artem przypominał sobie o tym tylko wtedy, gdy mu to odpowiadało.
Na razie, po spłaceniu kredytu hipotecznego, rodzina miała około 140 000 rubli miesięcznie na wszystko inne. Około 100 000 szło na jedzenie, pieluchy, mleko modyfikowane i inne potrzeby Timoshy.
Milion czterysta dwadzieścia tysięcy rubli to mniej więcej tyle, ile wydali w ciągu całego roku na dziecko i jedzenie.
Wszystko. Prawie co do jednego rubla.
„Zadzwoń do niej” – powiedziała Lida.
Artem wybrał numer siostry. Przełączył rozmowę na głośnik – nie z własnej woli, ale dlatego, że trzymał ładowarkę na kolanach, a ręce miał zajęte.
„Artem, kochanie!” Głos Janny był ciepły i znajomy. „Dzwonisz w sprawie szkoły, prawda? Wszystko ci wyjaśnię. Nie denerwuj się”.
„Żanna, dostałam rachunek na 1,4 miliona rubli”.
„Artiom, musisz zrozumieć”. Jej głos lekko drżał. „W marcu mamy z Igorem rozprawę w sprawie alimentów. Nie chcę, żeby wiedział, że stać mnie na prywatną szkołę. W przeciwnym razie będzie próbował obniżyć kwotę. Powie, że skoro stać mnie na prywatną siłownię, to sama mogę utrzymać dzieci”.
„Zapisałam je przez ciebie, więc z dokumentów wynika, że to ty jesteś płatnikiem. Nie masz nic przeciwko?”
Lida spojrzała na śpiącego syna.
Nie poruszyła się.
„Żanna” – powiedział powoli Artiom – „nie mam 1,4 miliona rubli. Nie w tym roku. Mamy Timoszę, a Lida jest na urlopie macierzyńskim”.
„Ale spłacę ci później! Stopniowo, z dochodów z mojej firmy. Salon całkiem nieźle prosperuje. Wiesz o tym”.
„Całkiem nieźle” – powiedziała Lida, patrząc w telefon.
Zapadła cisza.
„Lida, ty też tu jesteś?”
„Tak. Żanna, prowadzisz własną działalność gospodarczą i płacisz uproszczony podatek sześcioprocentowy. Twój roczny obrót wynosi około ośmiu milionów rubli. Możesz zarejestrować dzieci na swoje nazwisko i sama opłacić ich edukację”.
„Lida, zajmij się swoimi sprawami”. Z głosu Żanny natychmiast zniknęła cała serdeczność. „To sprawa między bratem a siostrą”.
„Nie będę się wtrącać? Milion czterysta tysięcy rubli to roczny budżet na żywność naszej rodziny i twojego siostrzeńca. Nie Miszy i Soni. Tymoszy”.
„Jesteś niewiarygodny” – westchnęła Żanna do telefonu. „Liczysz każdą kopiejkę z cudzych kieszeni”.
„Moje własne pieniądze” – powiedziała Lida, poprawiając syna. „I to nie są kopiejki”.
Artem siedział między żoną a telefonem bez słowa.
Miał na sobie polarową kurtkę, którą nosił praktycznie w każdy weekend, i kapcie. Na ścianie nad sofą wisiał pokrowiec na wędkę. Kupił japoński spinning w lutym za 42 000 rubli, w tym samym miesiącu, w którym ogłosił, że obcięto mu premię i że nie będzie ich stać na wakacje.
Telefon na krześle zadzwonił ponownie.
To była jego mama, po raz trzeci.
Nie patrząc, Artem nacisnął zielony przycisk, automatycznie przełączając ją również na tryb głośnomówiący.
„Artem, coś ty zrobił?” – mówiła Galina Pietrowna na cały głos. „Żanna dzwoniła do mnie z płaczem! Pomóż swojej siostrze! Małym Miszy i Soni będzie ciężko w zwykłej szkole. To wrażliwe dzieci. Są chronione!”
„Są wrażliwe” – powtórzyła spokojnie Lida. „A my po prostu próbujemy przetrwać”.
„Kto tam? Lida? Kochana, przynajmniej ty powinnaś się od tego trzymać z daleka. To nie twoja sprawa. To sprawa rodziny Sidorowa!”
„To bardzo moja sprawa. Mój mąż jest wymieniony jako płatnik w umowie. Pieniądze miałyby pochodzić z naszego wspólnego budżetu – tego samego, z którego żywi się mój syn”.
„Och, to podłe, sprowadzać wszystko do pieniędzy! Rodzina to świętość! Trzeba pomagać krewnym!”
„Pomagać krewnym?” Lida przechyliła głowę. „Dobrze. To zachowujmy się jak krewni i spójrzmy prawdzie w oczy”.
Otworzyła ponownie laptopa.
Timosza zmarszczył brwi przez sen. Delikatnie potrząsnęła nim kolanem i uspokoił się.
„Artem, daj mi swój paszport”.
„Dlaczego?”
„Umowa została zawarta za pośrednictwem Gosuslugi. Prezydenckie Gimnazjum to szkoła akredytowana przez państwo, więc pobiera dane płatnika za pośrednictwem zweryfikowanego konta w systemie. Wpłata została przelana za pośrednictwem Systemu Szybkich Płatności”.
„Aby zawrzeć umowę na swoje nazwisko, należało zalogować się na konto Gosuslugi za pomocą hasła”. Artem przyniósł paszport z wejścia.
Lida go nie otwierała. Nie musiała. Sprawdzała coś innego.
Za pomocą telefonu męża otworzyła swoje konto osobiste i weszła w historię logowania. Artem znał jej hasło i sam je wpisał.
Przewinęła aktywność na koncie do daty zawarcia umowy – dwunastego dnia poprzedniego miesiąca.
I oto był.
Login.
Urządzenie było nieznane.
Geolokalizacja IP wskazywała Moskwę, Żulebino.
„Artem”. Lida pokazała mu ekran. „Oto login z dwunastego”. „To nie był twój telefon. Lokalizacja to Żulebino”.
Artem wpatrywał się w ekran.
„To dzielnica mamy” – powiedział cicho.
„Tak, to dzielnica twojej mamy” – potwierdziła Lida. „Ktoś zalogował się na twoje zweryfikowane konto rządowe z mieszkania twojej mamy i podpisał w twoim imieniu umowę na 1,4 miliona rubli”.
„To nie jest pomoc krewnym. To podlega artykułowi 272 – nieautoryzowany dostęp do informacji komputerowych”.
W słuchawce zapadła cisza.
Galina Pietrowna wciąż była na głośniku, ale nic nie powiedziała.
Artem oddzwonił do siostry.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






