Konferansjer przedstawił moich dziadków. Brawa potoczyły się po sali balowej. Chloe wstała, wygładziła suknię i podeszła do sceny z kieliszkiem szampana.
Oczywiście, że tak.
„Moi dziadkowie nauczyli nas wartości rodziny” – zaczęła, uśmiechając się do stołów. „I lojalności”.
Ledwo wypowiedziała te słowa, gdy drzwi sali balowej otworzyły się z hukiem.
Dźwięk rozbrzmiał w pomieszczeniu niczym wystrzał.
Osiem agentów federalnych weszło szybko i zorganizowanie, w ciemnych garniturach nałożonych na kamizelki kuloodporne, z odznakami migającymi pod żyrandolami. Goście odwracali się machając. Krzesła zaszurały. Ktoś z tyłu wyszeptał: „Jezu”.
Artur zerwał się na równe nogi. „Co to jest?”
Agent prowadzący nawet nie zwolnił. Przeszedł prosto obok mojego ojca, obok stołu z tortem, obok oszołomionych muzyków i zatrzymał się u podstawy sceny.
„Chloe Bennett Carter” – powiedział. „Vance Carter”.
Chloe powoli opuściła mikrofon. „Słucham?”
„Jesteś aresztowany.”
W pokoju rozległy się szepty.
Arthur stanął przed agentem, z wypiętą piersią i czerwoną twarzą. „Zaszła jakaś pomyłka”.
Wyraz twarzy agenta ani drgnął. „Nie, proszę pana.”
W tym samym momencie dwóch innych agentów dotarło do Vance’a. Ten cofnął się raz i uderzył w krawędź stołu. Crystal zadrżała. Jeden z agentów chwycił go za nadgarstek i z wyćwiczoną siłą wyciągnął za plecy.
„Czekaj” – powiedział Vance. „Nie możesz…”
Mankiet zatrzasnął się.
Dźwięk ten niósł się dalej niż jakikolwiek podniesiony głos.
Chloe wciąż trzymała mikrofon w jednej ręce. „Nie dotykaj mnie” – powiedziała, ale jej głos brzmiał cienko i wysoko. Na scenę wszedł kolejny agent.
„Proszę odstawić szklankę.”
Nie, nie zrobiła tego.
Agent złapał ją za przedramię, a flet wypadł Chloe z ręki i roztrzaskał się o podłogę obok jej białego obcasa.
Moja matka sapnęła.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!





