Długo się na nią patrzyłem.
„Rozważę to.”
Jej twarz skrzywiła się z ulgi i przez sekundę poczułem ten stary pociąg. Stary instynkt, by dać jej więcej, niż zasłużyła, bo wyglądała na spragnioną.
Nie, nie zrobiłem.
Wyszła po dwudziestu minutach.
Nie prosiła o możliwość skorzystania z toalety.
Nie prosiła o pokazanie kuchni.
Nie dotknęła drzwi.
Kiedy wieczorem Sebastian przyjechał z zakupami i zabawką do gryzienia dla Juniper, opowiedziałam mu wszystko, podczas gdy on rozpakowywał pomarańcze do miski na blacie.
Sebastian był terapeutą oddechowym z piętra niżej niż moje. Czterdziestojednoletni, rozwiedziony, miły w sposób, który sam w sobie nie działał. Zaczęliśmy powoli spotykać się jesienią, po tym, jak kawa zmieniła się w kolację, a kolacja w to, że stał w mojej kuchni i nucił piosenki, których, jak twierdził, nie znał.
Kiedy skończyłem, zapytał: „Jak się czujesz?”
Zastanowiłem się nad tym.
„Jakbym nie zdradził samego siebie”.
Uśmiechnął się.
„To brzmi jak pokój”.
Tak też się stało.
Nie do końca szczęście.
Jeszcze nie.
Ale pokój.






