Karolina stała cicho za mną.
Thomas się bał.
Poniósł porażkę.
To były fakty na jego temat.
Ja nie.
Przeciągnąłem walizkę w stronę drzwi.
Przez większość mojego dzieciństwa spakowana torba oznaczała, że ktoś inny zdecydował, dokąd się udam.
Tym razem wybór należał do mnie.
Odstawiłem walizkę.
„O której jest śniadanie?” zapytałem Caroline.
“Osiem.”
Uśmiechnąłem się do niej lekko.
„Jajecznica, kawa, może kromka tostu. Jestem łatwy.”
Karolina śmiała się przez łzy.
Wybaczenie Thomasowi nie wchodziło w grę.
Nie chodziło o to, żeby wziąć od niego pieniądze.
Zarząd nadal czekał na moją odpowiedź.
Jedyne co się zmieniło to moja decyzja, żeby nie wyjeżdżać.
I tym razem spakowana torba mogła poczekać.
Tym razem nikt inny nie zdecydował, gdzie jest moje miejsce.
Miałem.





