Kevin podjechał do krawężnika dokładnie o wpół do dziewiątej, miał luźny krawat i uśmiechał się przez okno.
Austin pochylił się i pocałował mnie w czoło, a wtedy znów poczułem ten znajomy zapach z komody, ten, którego nie chciałem ruszyć przez dziewięć lat.
On odszedł. Vanessa została.
Siedzieliśmy razem na ganku, gdy światło robiło się coraz bardziej fioletowe, a ona po długiej ciszy odstawiła szklankę z wodą na balustradę.
„Nazywał mnie Nessa-ptaszkiem” – powiedziała. „Od kiedy miałam cztery lata i próbowałam skoczyć z dachu szopy z prześcieradłem. Złapał mnie. Złamał sobie przy tym nadgarstek i powiedział naszej mamie, że spadłam z jabłoni, żeby uniknąć kłopotów. Utrzymywał to kłamstwo przez dwadzieścia lat”.
Zaśmiałam się, zanim zdałam sobie z tego sprawę, a potem znowu zaczęłam płakać. Vanessa też trochę płakała i żadna z nas nie próbowała tego powstrzymać.
Wiedziałem, że jutro pójdziemy do garażu. Razem.






