Kiedy parkowałem, Sophie patrzyła na wodę, opierając brodę na dłoni. Jej wyraz twarzy był spokojniejszy i bardziej otwarty niż kiedykolwiek od czasu zniknięcia Mai.
Razem podeszliśmy do krawędzi doku.
Jezioro miało ten sam blady, niebiesko-zielony kolor, zbyt piękny jak na to, co mogło się w nim znajdować.
„Chyba jej się tu podobało” – powiedziała po chwili Sophie. „Zawsze mówiła, że obóz to jedyne miejsce, w którym czuło się, że coś się dzieje”.
„Nienawidziła się nudzić” – odpowiedziałem. „Nawet przez pięć minut”.
Sophie się uśmiechnęła. Nie tym ostrożnym, czujnym uśmiechem, do którego się przyzwyczaiłam. Prawdziwym.
„Pamiętasz to lato, kiedy kazała nam wypłynąć łódką o szóstej rano? Chciała patrzeć, jak mgła unosi się nad wodą”.
„Pamiętam, że byłem wściekły” – powiedziałem.
„To było piękne” – zgodziłem się.
Długo rozmawialiśmy o Mai. Nie o poszukiwaniach. Nie o sprawie, obozie ani o wszystkich rzeczach, o których wciąż nie wiedzieliśmy i których być może nigdy się nie dowiemy.
Rozmawialiśmy o niej.
Jak jadła płatki na sucho, bo nie znosiła, kiedy mleko się nagrzewało. Jak zawsze zasypiała w samochodzie w ciągu czterech minut. Jak śmiała się głośno i nagle.
Maya żyła. Będzie żyć dalej w nas.






