Pewnego październikowego popołudnia przyszła do mojej kabiny. Siedzieliśmy na tarasie i patrzyliśmy, jak jezioro srebrzy się w gasnącym świetle.
„Cały czas myślę o tym, co mogłabyś zrobić z tymi wszystkimi pieniędzmi” – powiedziała.
„I tak bym je wydał na ciebie” – odpowiedziałem. „Tylko wydałbym je inaczej”.
Przez długi czas milczała.
„Nie rozumiałem, z czego rezygnujesz.”
„Nie” – powiedziałem. „Ale teraz rozumiesz. To ma znaczenie”.
Kiedy odeszła, siedziałem sam nad jeziorem i myślałem o Marcie.
Po raz pierwszy od lat w moim domu panowała cisza.
Mój czas należał do mnie.
I to wystarczyło.
To zawsze wystarczało.
Musiałem po prostu uwierzyć, że na to zasługuję.






