CZĘŚĆ 2
Następne pięć dni zmieniło coś w Valerii u podstaw. Damián nie schlebiał jej bezsensownymi obietnicami ani nie mówił, że jest piękna, tylko po to, by ukoić jej ból. Dał jej coś o wiele potężniejszego: absolutną pewność siebie.
Wysłano po nią osobistego szofera, który zawiózł ją do ekskluzywnej meksykańskiej projektantki w Roma Norte, kobiety znanej z tego, że ubiera aktorki, polityczki i bizneswoman, nigdy nie sugerując, że muszą się zmniejszyć, aby zasłużyć na niezwykły wygląd.
„Nie chcę, żeby wyglądało, jakbym miała na sobie kostium” – powiedziała Waleria, patrząc w lustro.
Projektant uśmiechnął się. „W takim razie nie będziemy cię przebierać. Po prostu przypomnimy ci, kim jesteś”.
Suknia miała głęboki, bordowy kolor: wyrafinowana, dopasowana i idealnie dopasowana, z dyskretnym rozcięciem, które sprawiało, że każdy krok wydawał się władczy. Nie ukrywała jej ciała. Uhonorowała je.
W dniu ślubu Valeria stanęła przed lustrem i poczuła, jak ściska ją w gardle. Nie była już tą zdruzgotaną kobietą, którą Mauricio zostawił płaczącą w kawiarni. Nie była posłuszną siostrą, którą matka chciała pokazać, by uciszyć plotki. Była kimś innym. A może zawsze była tą kobietą, tylko teraz przestała prosić o pozwolenie, by zająć miejsce.
Damián przybył, by ją odebrać, ubrany w nieskazitelny czarny garnitur i krawat idealnie dopasowany do odcienia jej sukienki. Kiedy ją zobaczył, zamilkł na kilka sekund.
„Co?” zapytała Valeria, nagle czując się nieswojo.
„Nic” – odpowiedział gładko. „Po prostu myślę, że dzisiaj ktoś będzie bardzo żałował, że był takim kompletnym idiotą”.
Nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Podróż do Valle de Bravo minęła w niemal całkowitej ciszy. Kiedy dotarli do hacjendy, opadające bugenwille, złote oświetlenie i białe kompozycje kwiatowe wyglądały jak z luksusowego magazynu. Wszystko było nieskazitelne. Zbyt nieskazitelne.
Valeria poczuła, że jej dłonie zaczynają drżeć. Damián to zauważył i podał jej ramię.
„Głowa do góry. Nie jesteś tu, żeby żebrać o miłość. Jesteś tu, żeby odebrać dług”.
Weszli akurat, gdy zaczynało się przyjęcie. Wysokie drzwi sali balowej otworzyły się szeroko.
I każdy dźwięk zniknął.
Trzystu gości odwróciło się naraz. Najpierw ich wzrok padł na Valerię – suknię, postawę, niewzruszoną pewność siebie w jej spojrzeniu. Potem zauważyli mężczyznę idącego u jej boku.
Cisza natychmiast się zmieniła. Nie było to już zwykłe zaskoczenie. Zamieniło się w zimny, paraliżujący strach.
Przy stole prezydialnym uśmiech panny młodej Camili zniknął. Mauricio zamarł z kieliszkiem szampana zawieszonym w powietrzu. Doña Beatriz wstała w furii, ściskając swoją designerską torebkę tak mocno, że wyglądała, jakby miała nią rzucić.
„Co ty tu robisz z tym mężczyzną?” syknęła jej matka pod nosem, gdy podeszli bliżej.
Waleria spojrzała jej w oczy, nie spuszczając wzroku. „Przyszłam na ślub. Zostałam zaproszona, prawda?”
Damián skinął lekko głową. „Dobry wieczór”.
Nikt nie odważył się odezwać do niego bez pytania.
Mauricio rozpaczliwie próbował odzyskać swój zwykły urok. „Valeria… co za niespodzianka. Wyglądasz… naprawdę dobrze”.
„Jakież to ciekawe” – odpowiedziała gładko. „Mówiłeś, że jestem powodem do wstydu”.
Kilku gości w pobliżu ją słyszało. Camila zacisnęła szczękę, a jej głos drżał z gniewu. „Nie waż się tu przychodzić i psuć mi ślubu”.
Waleria spojrzała na młodszą siostrę od stóp do głów. „Nie martw się. Nie muszę niszczyć czegoś, co już od urodzenia jest zepsute”.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






