REKLAMA

Ostatni zegarmistrz

REKLAMA
Ostatni zegarmistrz
REKLAMA

– Ostrzegam cię, tato – wysyczał syn, pochylając się nad stołem, a w jego oczach błysnęła wściekłość. – Te dokumenty muszą być podpisane do końca tygodnia. Jeśli tego nie zrobisz, projekt ruszy bez twojej zgody, prawo własności zostanie przekształcone w drodze postępowania komunalnego, a ty dostaniesz ułamek tego, co oferuję ci teraz po dobrej drodze. Zostaniesz z niczym. Wyrzucą cię stąd z jedną walizką.

Saleh wstał. Był niższy od syna, szczuplejszy, jego plecy były zgarbione pod ciężarem dziesięcioleci spędzonych nad warsztatem, ale w jego oczach palił się blask tak silny, że Murad mimo woli cofnął się o krok ku wyjściu.

– Myślisz, że pieniądze mogą kupić wszystko, synu? – zapytał stary zegarmistrz, kładąc dłoń na wieku starego zegarka. – Myślisz, że możesz zatrzymać czas, kupując ziemię, na której stał? Czasu nie da się kupić. Czas się po prostu traci. A ty właśnie straciłeś najważniejszą godzinę swojego życia. Godzinę, w której mogłeś po prostu uścisnąć dłoń swojego starego ojca i zapytać go, jak się czuje.

Murad otworzył usta, jakby chciał coś odpowiedzieć, skwitować to kolejną korporacyjną formułką, ale słowa uwięzły mu w gardle. W tej samej sekundzie jego telefon w kieszeni zaczął wibrować i wydawać z siebie cichy, elektroniczny dźwięk powiadomienia o nowej wiadomości z giełdy.

Młody mężczyzna spojరzał na ekran, potem na ojca, potem na dokumenty deweloperskie leżące na stole.

– Przemyślisz to do jutra, tato – powiedział szorstko, odwracając się na pięcie. – Prześlę ci zaktualizowaną umowę przez kuriera. Nie bądź głupcem.

Drzwi warsztatu trzasnęły za nim z taką siłą, że jeden ze starszych zegarów ściennych – mały mosiężny budzik z 1920 roku – stracił równowagę, spadł na podłogę i roztrzaskał się na drobne, metalowe kawałki.

Rozdział V: Akt Ostatni – Tablica z drewna oliwkowego

Przez kolejne trzy dni Saleh nie tknął żadnego zegarka. Siedział w swoim fotelu, patrząc w pustkę, słuchając, jak setki mechanizmów odliczają minuty do jego nieuchronnego końca. Czuł, jak opuszczają go siły. Ciało, eksploatowane przez dekady bez odpoczynku, domagało się swojego prawa do rozpadu.

Ale wiedział, że nie może odejść, dopóki nie zostawi po sobie znaku. Znaku, który nie da się zniszczyć buldożerami, ani wymazać podpisem na umowie notarialnej.

Czwartego dnia rano wstał o świcie, rozgrzał piecyk, zaparzył mocną, gorzką kawę, po czym wziął z kąta warsztatu duży, gruby kawałek starego drewna oliwkowego – tego samego drewna, które jego własny ojciec przwiózł ze sobą z rodzinnej wioski na południu kraju.

Wziął do ręki dłuto, młotek stolarski i zaczął rzeźbić.

Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!

REKLAMA
REKLAMA