REKLAMA

Ostatni zegarmistrz

REKLAMA
Ostatni zegarmistrz
REKLAMA

Wszedł do środka, stąpając ostrożnie po podłodze. Zegarów nie było słychać tak głośno jak wcześniej – niektóre bowiem zatrzymały się z braku nakręcenia.

Saleh siedział przy stole, czyszcząc pęsetą delikatne koło zębate. Nie uniósł głowy, kiedy syn wszedł do pomieszczenia.

Murad upadł na kolana tuż obok fotela ojca. Jego ramiona drżały. Schował twarz w dłoniach, a z jego gardła wydobył się szloch – cichy, bolesny, dziecięcy płacz kogoś, kto w drodze na szczyt zgubił wszystko, co miało jakiekolwiek znaczenie.

– Tato… – wyszeptał syn, a jego głos rozpuścił się w ciszy warsztatu. – Zniszczyli mnie. Wszyscy mnie potępiają. Straciłem stanowisko, żona złożyła pozew o rozwód, akcje spółki lecą w dół. Zostałem sam.

Saleh odłożył pęsetę na blat. Powoli, z niezwykłą delikatnością, obrócił krzesło w stronę klęczącego mężczyzny. Wyciągnął swoją starą, pokrytą plamami starczymi i drobnymi bliznami dłoń, i położył ją na siwiejących włosach Murada – tak samo, jak robił to wtedy, gdy ten był małym chłopcem.

– Nie płacz, synu – powiedział stary zegarmistrz cicho, a w jego głosie nie było gniewu, lecz bezgraniczna, głęboka litość. – Zegara nie da się cofnąć. Ale można go nakręcić na nowo. Tylko tym razem… musisz uważać, żeby nie złamać sprężyny.

W tej samej chwili, gdzieś w głębi warsztatu, ciężki zegar szafowy wybił równe południe. Dźwięk był głęboki, rezonujący, rozchodzący się falami w mrocznym powietrzu, przypominając im obu, że dopóki tyka chociaż jedno serce, nic na tym świecie nie jest jeszcze do końca stracone.

Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!

REKLAMA
REKLAMA