Doktor Elena Reyes przeszła przez podwójne drzwi, ubrana już w sterylny fartuch, z ciemnymi włosami schowanymi pod czepkiem i oczami chłonącymi scenę z przerażającą szybkością.
Była kierownikiem oddziału medycyny matczyno-płodowej.
Była też jedyną osobą w tym szpitalu, która nigdy nie bała się powiedzieć Cameronowi Bennettowi, że się myli.
„Co się stało?” zapytała.
Nikt nie odpowiedział wystarczająco szybko.
Spojrzenie Eleny przesunęło się z monitora na moją twarz, a potem na prześcieradło pode mną. Jej wyraz twarzy zmienił się tylko odrobinę, ale to dostrzegłem. Rozpoznanie. Kalkulacja. Pilność.
„Ogromny krwotok poporodowy” – powiedziała. „Ponownie podłącz znieczulenie. Dwie kroplówki o dużej średnicy. Typ krwi i krzyżyk. Zadzwoń natychmiast do banku krwi”.
Cameron zdawał się gwałtownie wracać do swojego ciała.
„Elena, miałem to pod kontrolą…”
Ona nawet na niego nie spojrzała.
„Nie zrobisz tego”. Jej głos nie był głośny, ale zabrzmiał jak trzaśnięcie drzwiami. „Odsuń się od mojego pacjenta”.
Mój pacjent.
Nie jego żona.
Nie jego wina.
Mój pacjent.
Te słowa podążały za mną w ciemność.
Nie pamiętałam, żebym zamykała oczy. Pamiętałam, jak ręce poruszały się wokół mnie, szybko i celowo. Pamiętałam, jak ktoś mówił, że wynik mojego syna w skali Apgar się poprawia. Pamiętałam, jak próbowałam zapytać, czy wszystko w porządku, ale moje usta odmawiały posłuszeństwa.
Wtedy przypomniałem sobie głos Camerona, wreszcie tuż przy moim uchu.
„Amelia” – powiedział. „Zostań ze mną”.
To był pierwszy raz, kiedy w jego głosie słychać było strach.
A gdy pokój się oddalał, myślałam tylko, że strach przybył za późno, by stać się miłością.
Kiedy się obudziłem, świat pachniał inaczej.
Nie antyseptyk, nie gorąco i nie panika.
Lawenda.
Czyste prześcieradła.
Delikatny, rytmiczny sygnał dźwiękowy.
Przez chwilę myślałem, że jestem w domu. Potem spróbowałem się ruszyć, a głęboki, bolesny ciężar wciągnął mnie z powrotem do szpitalnego łóżka.
Moje powieki gwałtownie się otworzyły.
Sufit nade mną był bladoszary. Zasłona oddzielała pokój od wejścia. Za oknem świt zaczynał rysować cienką srebrzystą linię nad miastem.
Czułem, jak gardło mi pęka.
Pielęgniarka wstała z krzesła obok mnie tak szybko, że jej buty zaskrzypiały.
„Doktor Grant?”
To była Maya, jedna z położnych. Jej zazwyczaj schludny kok zaczął się rozpływać, a pod oczami miała cienie, jakby nie spała całą noc.
Próbowałem mówić.
Nic nie wyszło.
Maya nachyliła się bliżej. „Nie zmuszaj się. Byłeś zaintubowany do operacji”.
Chirurgia.
To słowo powoli przemieszczało się przez mój umysł.
Były luki tam, gdzie powinny być wspomnienia.
Alarm linii prostej. Głos Eleny. Twarz Camerona.
Wtedy jedna myśl przebiła się przez mgłę tak gwałtownie, że moje palce zacisnęły się na kocu.
Moje dziecko.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






