Pogłaskał mnie po dłoni raz, krótko i sucho, po czym odwrócił się w stronę holu.
Patrzyłem jak odchodzi, jego ramiona były lekko zgarbione pod szytym na miarę garniturem.
Powtarzałem pod nosem pierwsze trzy cyfry, dopasowując rytm do rytmu bębnów zespołu jazzowego.
Dwa, zero, trzy.
Goście poruszali się wokół mnie w rozmazanej mieszaninie jedwabiu i diamentów, a ich śmiech rozbrzmiewał głośno i pusto na tle wysokiego sufitu.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






