Drzwi się otworzyły. Na progu stanęli dwaj mężczyźni w mundurach.
„Andriej Wiktorowicz Sokołow?” zapytał starszy.
Andriej skinął głową, niezdolny do wymówienia słowa. Odwrócił się po raz ostatni. Lena siedziała na krześle, patrząc przez okno na deszcz i popijając kawę. Nawet na niego nie spojrzała.
Kiedy drzwi zatrzasnęły się z hukiem, odcinając go od przeszłości, Lena pozwoliła sobie na wydech. Jej ramiona opadły. Uśmiech zniknął, zastąpiony lekkim znużeniem. Dziesięć lat udawania, dziesięć lat inwigilacji, dziesięć lat gromadzenia dowodów przeciwko mężczyźnie, którego kiedyś kochała.
Podeszła do okna. Na dole, pod wejściem, Andrieja ładowano do samochodu. Błyskające światła malowały mokry asfalt na czerwono i niebiesko.
Lena zasunęła zasłony. W mieszkaniu zrobiło się ciemno i cicho. Wyjęła telefon z kieszeni szlafroka i wybrała numer.
— Cześć, Maria? Tak, to ja. Już po wszystkim. Tak, wyjechał. Nie, nie na Krym. Do aresztu. Dziękuję za pomoc z dokumentami. Tak, jestem wolny. Nareszcie.
Odłożyła telefon na stół i wyjrzała na pusty korytarz. Tam, gdzie stała walizka, teraz było czysto. Pusto. I pięknie.
Lena znów się uśmiechnęła. Tym razem był to szczery, delikatny uśmiech, uśmiech kogoś, kto w końcu może spać spokojnie. Deszcz za oknem cichł, ustępując miejsca nadchodzącemu porankowi. Nowemu porankowi. Jej porankowi.





