REKLAMA

Z siostrą pojechałyśmy autobusem do wsi, gdzie stał nasz rodzinny dom. Domu nie ma – jest sklep spożywczy. Ale studnia jest, lipa jest, i bocianie gniazdo na słupie jest. Piłyśmy wodę z pompy, śmiejąc się i płacząc na zmianę. Sześćdziesiąt lat od

REKLAMA
Z siostrą pojechałyśmy autobusem do wsi, gdzie stał nasz rodzinny dom. Domu nie ma - jest sklep spożywczy. Ale studnia jest, lipa jest, i bocianie gniazdo na słupie jest. Piłyśmy wodę z pompy, śmiejąc się i płacząc na zmianę. Sześćdziesiąt lat od
REKLAMA

Z siostrą pojechałyśmy autobusem do wsi, gdzie stał nasz rodzinny dom. Domu nie ma – jest sklep spożywczy. Ale studnia jest, lipa jest, i bocianie gniazdo na słupie jest. Piłyśmy wodę z pompy, śmiejąc się i płacząc na zmianę. Sześćdziesiąt lat od wyprowadzki – a lipa nas poznała. Przysięgam.

Powiem wam, jak to się zaczęło, bo zaczęło się od kłótni. Od głupiej, ostrej kłótni przy stole, na imieninach mojej wnuczki Oli. Moja siostra Jadwiga powiedziała coś o mamie – że mama nigdy nie powinna była nas stamtąd zabierać. A ja odpowiedziałam, że Jadzia gada bzdury, bo z tej wsi nie było co jeść, i że romantyzuje nędzę. I potem siedziałyśmy naprzeciwko siebie w milczeniu, a Ola zdmuchiwała świeczki na torcie, nie wiedząc, dlaczego babcia i ciotka nagle zamilkły.

Mam na imię Halina, mam siedemdziesiąt dwa lata i całe dorosłe życie spędziłam we Wrocławiu. Przyjechałam tu z mamą i Jadzią w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku, miałam dwanaście lat, Jadzia – dziesięć. Tata został. Znaczy – tata został w ziemi, na cmentarzu za wsią, bo zmarł rok wcześniej. Mama spakowała dwie walizki, zabrała nas na przystanek PKS i powiedziała: “Nie oglądajcie się”. Posłuchałam. Jadzia się obejrzała.

I chyba w tym jest cały nasz problem.

Bo Jadzia pamiętała wszystko. Jabłonkę za domem, zapach siana w stodole, kota Mruczka, który spał na piecu. Dźwięk pompy, kiedy tata rano nabierał wodę. Jadzia nosiła tę wieś w sobie jak relikwię. A ja – ja się od niej odcięłam. Mama powiedziała nie oglądać się, więc nie oglądałam. Skończyłam technikum, poszłam do pracy w księgowości fabryki, wyszłam za Andrzeja, urodziłam dwóch synów. Zbudowałam nowe życie. Cegła po cegle.

Jadzia zbudowała swoje w Poznaniu. Fryzjerka, potem własny zakład, potem emerytura. Spotykałyśmy się na święta, na pogrzebach, czasem na wakacjach. Przez ostatnie piętnaście lat coraz rzadziej. Nie dlatego, że się nie lubiłyśmy. Po prostu – zrobiło się daleko. Nie w kilometrach. W czymś innym.

Po tej kłótni na imieninach Oli nie odzywałyśmy się cztery miesiące. To Jadzia zadzwoniła pierwsza, w marcu, jakby nigdy nic.

“Halinka, słuchaj. Ja chcę tam pojechać.”

“Gdzie?”

“Do Brzózek. Do domu.”

Cisza. Słyszałam, jak Jadzia oddycha w słuchawkę, ciężko, jak po wejściu na piąte piętro.

“Jadzia, tam nie ma żadnego domu” – powiedziałam cicho.

“Wiem. Sprawdziłam w internecie. Wnuczka mi pokazała na mapie. Jest tam sklep. Ale chcę zobaczyć.”

“Po co?”

“Bo muszę. I ty też musisz, Halinka, tylko jeszcze o tym nie wiesz.”

Chciałam powiedzieć, że nie muszę niczego. Że mam siedemdziesiąt dwa lata, arytmię, i że moje wspomnienia z Brzózek to błoto, zimno i pogrzeb ojca. Ale Jadzia dodała jeszcze jedno zdanie, i to zdanie mną wstrząsnęło:

“Halina, my się starzejem. Jeśli nie teraz, to nigdy.”

Miała rację. Wiedziałam, że ma rację. Mój Andrzej umarł trzy lata temu, synowie mieszkają daleko – jeden w Gdańsku, drugi w Irlandii. Jadzia jest wdową od pięciu lat. Byłyśmy dwiema starymi kobietami, które miały siebie nawzajem i sześćdziesiąt lat nierozpakowanych wspomnień.

Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!

REKLAMA
REKLAMA