I to wystarczyło.
Rozdział 10: Pierwszy naleśnik
Rok później Sarah została właścicielką małego domku z gankiem i maleńkim ogródkiem, który koniecznie chciała założyć, mimo że nigdy nie miała szczęścia do roślin.
Meera była na liście honorowej. W weekendy pracowała jako wolontariuszka w szpitalu St. Helena, pchając wózki i rozmawiając ze starszymi pacjentami, jakby urodziła się z umiejętnością łagodzenia trudnych sytuacji.
Pewnego sobotniego poranka siedziałem przy kuchennym stole Sary, gdy smażyła naleśniki.
Meera stała obok niej na stołku i nadzorowała wszystko niczym mały brygadzista.
Sarah celowo przypaliła pierwszy naleśnik.
Meera zachichotała. „Naleśnik przynoszący pecha!”
Sarah z ceremoniałem położyła go na talerzu. „Na pecha” – oznajmiła. „Żeby został tam i nie wszedł tutaj”.
Spojrzała na mnie. „Chcesz kawy?”
„Tak” – powiedziałem. „Czarny”.
Meera odwróciła się w moją stronę i zaczęła mi się uważnie przyglądać.
„Wiesz”, powiedziała, „chyba nie wysłałam SMS-a pod zły numer”.
Mrugnęłam. „Nie?”
Potrząsnęła głową.
„Myślę… Myślę, że to była właściwa liczba. Po prostu jeszcze o tym nie wiedziałam.”
Oczy Sary zabłysły.
Odchrząknąłem i nagle bardzo zainteresował mnie wzór drewnianego stołu.
Na zewnątrz, ulicą przetoczył się motocykl; odległy grzmot nie zwiastował już niebezpieczeństwa.
Oznaczało to, że życie toczyło się dalej.
Ellie przybyła dziesięć minut później, niosąc torbę pomarańczy i udając, że się nie uśmiecha.
Meera pobiegła w jej stronę.
„Ciociu Ellie!”
Ellie zaśmiała się cicho. Kiedy na mnie spojrzała, w jej wyrazie twarzy pojawiło się coś, czego nie widziałem od lat.
Nie do końca jest to przebaczenie.
Ale drzwi w końcu zostały otwarte.
Razem jedliśmy naleśniki, te dobre.
Ciepły.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






