***
Cameron jechał jeszcze piętnaście minut, zanim wjechał na parking Oakridge Community Center.
Mrugnęłam.
To nie był hotel.
To nie jest restauracja.
Nawet nie ma tam budynku biurowego.
Przy wejściu znajdował się baner z napisem:
CZWARTKOWE SPOTKANIE TOWARZYSKIE
Sala balowa?
To nie był hotel.
Prawie się uśmiechnąłem.
Cameron nie umiał tańczyć.
Na naszym weselu tak wiele razy nadepnął mi na buty, że moja druhna zażartowała, że do naszych prezentów rocznicowych doda stalowe noski.
Zaparkował przy budynku, wziął torbę na ubrania i białą różę, po czym zniknął bocznym wejściem.
Czekałem.
Jedna minuta.
A potem dwa.
Powinienem był wyjść.
Zamiast tego wysiadłem z samochodu.
Powinienem był wyjść.
Z otwartego okna dochodziła cicha muzyka.
Fortepian. Wolny. Delikatny.
Podążałem za dźwiękiem cichym korytarzem, aż znalazłem wąskie okno z widokiem na duże studio.
Potem zamarłem.
Cameron stał pośrodku pokoju.
Kobieta położyła mu jedną rękę na ramieniu.
Pozostałe dłonie mieli splecione.
Kobieta położyła mu jedną rękę na ramieniu.
Poruszali się po wypolerowanej podłodze w idealnym rytmie.
Jeden. Dwa. Trzy.
Jeden. Dwa. Trzy.
Uśmiechnęła się do niego. On odwzajemnił uśmiech.
Zatrzymała się, żeby poprawić mu przód koszuli. Potem zaśmiała się z czegoś, co powiedział.
Poczułem ucisk w żołądku.
Poruszali się po wypolerowanej podłodze.
W studiu muzyka ucichła.
Kobieta klasnęła w dłonie.
„Nie” – powiedziała z rozbawionym uśmiechem. „Jesteś na dobrej drodze, ale wciąż nie trafiłeś w odpowiedni moment”.
Ponownie sięgnęła po dłonie Camerona.
Skinął głową.
“Spróbujmy jeszcze raz.”
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






