CZĘŚĆ 1

Nazywam się Serafina Cross i pewnego ranka, kiedy miałam zostać panią Alexander Whitmore, moja matka uderzyła mnie w twarz w apartamencie dla nowożeńców.

Nie na tyle mocno, by zostawić ślad, którego nie zakryłby makijaż, ale na tyle mocno, by sprawić, że każda druhna w pokoju zapomni, jak się oddycha.

„Nie zawstydzaj tej rodziny” – wyszeptała, a diamentowa bransoletka zadrżała jej na nadgarstku. „Nie dzisiaj”.

Stałam przed lustrem w sukni ślubnej wartej więcej niż samochody większości ludzi, z welonem wpiętym w ciemne loki, z dłońmi spoczywającymi spokojnie wzdłuż ciała. Za wysokimi oknami posiadłości Whitmore, sześćset białych róż drżało na wietrze Wirginii. Kwartet smyczkowy ćwiczył pod namiotem tak dużym, że przypominał katedrę. Dwie rodziny miliarderów zebrały się na dole, czekając na to, co wszyscy nazywali idealnym małżeństwem.

Doskonały.

To słowo prześladowało mnie od dzieciństwa niczym klątwa, od której nie mogłam się uwolnić.

Idealna córka. Idealna dziedziczka. Idealna przyszła żona.

Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!

REKLAMA
REKLAMA