CZĘŚĆ 2
Miałam segregator, w którym trzymałam wszystko, co miało związek ze sprawą Sophie.
Mapy. Nazwiska. Daty. Notatki policyjne. Listy wolontariuszy. Każdy telefon, który wykonałem, i każda odpowiedź, którą otrzymałem.
Mark nienawidził tego segregatora.
„Szkodzisz tylko sobie” – powiedział mi pewnej nocy.
„Ona jest moją córką.”
„Już jej nie ma, Dani.”
Spojrzałam na niego powoli. „Nie mów tak”.
„Musisz pozwolić jej odpocząć.”
„Nie zazna spokoju, dopóki nie dowiem się, gdzie ona jest”.
Odwrócił się.
Wtedy powinnam była to zrozumieć.
Dokładnie rok po zniknięciu Sophie obudziłam się czując palącą złość.
Dom zdawał się zastygnąć w czasie. Pudełko z płatkami Sophie wciąż stało w spiżarni. Jej buty wciąż stały przy tylnych drzwiach. Koszule Marka wciąż wisiały w szafie, jakby życie się nie rozstąpiło.
A to czerwone pudełko na sprzęt wędkarski stało na podłodze niczym świątynia.
Denise zadzwoniła, gdy wyciągałam torby z datkami z szafy w holu.
„Chcesz, żebym przyszła?” zapytała.
„Jeśli dziś czegoś nie zrobię, zacznę krzyczeć”.
Jej głos złagodniał. „Zadzwoń, zanim się złamiesz”.
„Myślę, że już to zrobiłem.”
Zaczęłam zbyt pochopnie sortować koszule Marka, bo zatrzymanie się oznaczało konieczność myślenia.
Potem mój łokieć uderzył w skrzynkę ze sprzętem.
Spadł na podłogę. Wieko pękło, a haczyki, przynęty i żyłka rozsypały się po dywanie.
Dolny panel odpadł.
Wysunęło się coś owiniętego w brudną, białą tkaninę.
Przez lata Mark żartował na temat fałszywego dna.
„To wyjątkowo specjalna przynęta” – mawiał.
Moje palce drżały, gdy rozpinałam tkaninę.
W środku znalazłem różowy szalik wędkarski Sophie.
Mały drewniany znak.
Opaska medyczna na nadgarstek.
I złożony paragon.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






