Głos był niższy, bardziej metaliczny niż w wspomnzeniach Saleha, ale to był on. Murad.
Stary zegarmistrz zamarł. Pęseta w jego palcach drgnęła, a mała stalowa śrubka upadła na drewniany blat z cichym, brzęczącym dźwiękiem, który zginął w kakofonii stu innych tykaní.
Saleh powoli podniósł głowę. Zsunął druciane okulary na koniec nosa i mrużył oczy w półmroku warsztatu. Przed nim stał mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. Włosy na skroniach miał lekko przyprószone siwizną, rysy twarzy ostre, wykrojone z precyzją skalpela, a w prawym uchu wciąż tkwiła niewidoczna, bezprzewodowa słuchawka, przez którą sączył się cichy, elektroniczny szum dalekiego świata.
W jego lewej ręce kołysana była skórzana teczka aktówka z logo ekskluzywnej marki, a prawa ręka… prawa ręka nie była wyciągnięta do objęcia. Była gotowa do uścisku, formalnego, chłodnego, biznesowego uścisku partnerów handlowych.
– Murad… – wykrztusił Saleh, a w jego głosie zmieszało się niedowierzanie z falą gorącej, bolesnej czułości. – Synu mój. Przyjechałeś.
Murad podszedł bliżej, omijał ostrożnie porozrzucane na podłodze narzędzia i skrzynki z częściami, jakby bał się ubrudzić swoje lśniące mokasyny. Pochylił się nad ojcem, musnął jego wychudzony policzek suchym, szybkim pocałunkiem, po czym wyprostował się natychmiast, rozglądając się po warsztacie z wyrazem subtelnego, ale czytelnego zażenowania.
– Cześć, tato. Wyglądasz… cóż, wyglądasz tak samo jak zawsze – powiedział Murad z lekkim, nerwowym uśmiechem, wyciągając z kieszeni spodni telefon, by sprawdzić powiadomienia na ekranie. – Przepraszam, że tak nagle, ale miałem spotkanie biznesowe w stolicieregionu i pomyślałem, że zjedziemy na dół, nad morze, i odwiedzę cię na godzinę.
Saleh wstał z trudem. Jego kolana trzeszczały cicho, przypominając o zużytych stawach. Wytarł dłonie w zszarzałą ścierkę, którą nosił zatkniętą za pasek spodni, i wskazał na jedyny wolny stołek obok piecyka.
– Usiądź, synu. Przyniosę herbatę. Zaparzyłem rano świeżą melisę z dziką miętą, tak jak lubiłeś, kiedy… kiedy byłeś jeszcze mały.
– Nie trzeba, tato, naprawdę. Nie mam dużo czasu – odparł Murad, nie siadając na wskazane krzesło, lecz krążąc po warsztacie, dotykając palcem w drogim sygnecie kurzu na obudowach zegarów. – Jestem w ciągłym biegu. Kalendarz mam wypełniony co do minuty aż do piątku wieczorem. Potem wylatuję do Frankfurtu.
Saleh zatrzymał się w pół kroku w stronę małego czajnika na płycie grzewczej. Serce ścisnęło mu się w piersi zimną, metalową obręczą.
– Godzinę… – wyszeptał starego człowieka. – Przyjechałeś po tylu latach milczenia, z drugiego końca świata, i masz dla ojca godzinę?
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!





