Murad westchnął ciężko – tym ostentacyjnym, zniecierpliwionym westchnieniem kogoś, kto musi tłumaczyć dorosłym oczywiste oczywistości. Odwrócił się do ojca, włożył ręce w kieszenie spodni i przyjął ton menedżera tłumaczącego podwładnemu strategię restrukturyzacji.
– Tato, proszę cię. Nie zaczynajmy od poczucia winy. Przyjechałem tutaj z bardzo konkretną, konstruktywną propozycją, która definitywnie rozwiąże twoje problemy i wprowadzi cię w XXI wiek.
Saleh powoli usiadł na swoim zniszczonym skórzanym fotelu. Czuł, jak w jego skroniach pulsuje krew.
– Jakie problemy, synu? Czuję się dobrze w moim warsztacie. Tutaj jest całe moje życie.
Murad uśmiechnął się pobłażliwie, wyciągnął z teczki lśniący, kolorowy prospectus oraz gruby plik papierów spiętych metalową spinką i położył je na stole, tuż obok rozłożonego mechanizmu zegarka Omega.
– Posłuchaj mnie uważnie, tato. Ta dzielnica umiera. Te drewniane budynki to przeżytek, ruina grożąca zawaleniem. Moja firma inwestycyjno-deweloperska wykupiła już trzy kwartały stąd stąd. Planujemy postawić tu nowoczesny kompleks handlowo-mieszkaniowy “Panorama Plaza”. Przestrzeń, światło, szkło, parking podziemny, luksusowe apartamenty.
Saleh patrzył na kolorowe wizualizacje na papierze. Widział na nich sterylne, przeszklone wieżowce, sztuczne palmy w donicach, uśmiechniętych ludzi w garniturach chodzących po wypolerowanym marmurze. W miejscu jego warsztatu znajdował się na wizualizacji nowoczesny wjazd do podziemnego garażu oraz przeszklona witryna ekskluzywnego butiku z kawą.
– Ty… wy chcecie zburzyć to miejsce? – zapytał stary człowiek głosem, który brzmiał jakby dochodził z głębokiej studni.
– Chcemy je zmodernizować, tato! To nie żal, to biznes. Ten budynek jest warty tyle co nic, ale grunt… grunt ma strategiczną wartość kapitalną. Podpisałem już wstępne porozumienie z zarządem. Wystarczy twój podpis jako właściciela hipotecznego, żebyśmy mogli ruszyć z wyburzeniem w przyszłym miesiącu.
Murad pochylił się nad ojcem, kładąc dłoń na jego ramieniu z fałszywą serdecznością.
– Dostaniesz odszkodowanie. Milion… nie, półtora miliona w gotówce. Kupimy ci apartament z widokiem na morze w śródmieściu. Będziesz mógł wreszcie odpocząć, oglądać telewizję w klimatyzowanym salonie, spacerować po bulwarze. Koniec z wdychaniem kurzu, koniec z tym tykaniem, które doprowadza cię do obłędu. Zrobię z ciebie rentiera, tato. Zapewnię ci godną starość.
W warsztacie zapanowała cisza. Czysta, gęsta, przeraźliwa cisza, w której dźwięk stu osiemdziesięciu siedmiu zegarów nagle przestał być tłem, a stał się krzykiem.
Rozdział IV: Rozmowa nad otwartym mechanizmem
Saleh nie krzyczał. Nie płakał. Nie uderzył pięścią w stół. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w twarz własnego syna, szukając w niej choćby jednego rysu, choćby jednego wspomnienia dawnego chłopca, który kiedyś z zachwitem patrzył, jak ojciec składa z części zardzewiały budzik.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!





