Historia wiadomości była skasowana. Ale w historii połączeń “A.” pojawiała się regularnie. Dwa, trzy razy w tygodniu. Ostatnie połączenie – cztery dni przed śmiercią Henryka.
Zobaczyłam to i odłożyłam telefon. Ręce mi drżały. Nie ze złości – ze zmęczenia. Bo nagle zrozumiałam, że trzeba będzie przeorać całe wspólne życie i sprawdzić, co z tego było prawdą.
Henryk przeszedł na emeryturę pięć lat temu. Wcześniej pracował jako mechanik w zajezdni autobusowej – trzydzieści lat w jednym miejscu, solidny, ceniony, nigdy nie narzekał.
Po emeryturze chodził na działkę, grał w brydża z kolegami w czwartek wieczorem, czasem jeździł na ryby. Ja pracowałam na zmiany, więc nasze dni nie zawsze się pokrywały. Ale to było normalne. Tyle lat razem – człowiek nie musi siedzieć drugiemu na kolanach.
Tyle że teraz te wszystkie czwartkowe brydże i sobotnie ryby wyglądały inaczej.
Nie pojechałam do żadnej Agnieszki. Nie zadzwoniłam pod numer “A.” z telefonu Henryka. Zamiast tego poszłam do Staszka – Stanisława Kowalika, najlepszego przyjaciela Henryka od czterdziestu lat. Staszek mieszka trzy ulice dalej, ma warsztat samochodowy, który prowadzi syn, a sam teraz głównie siedzi w biurze i pije kawę z cukrem.
– Staszek, powiedz mi jedno. Czy Henryk miał kogoś?
Staszek odstawił kubek. Patrzył na stół. Milczał.
– Staszek.
– Danuta, ja…
– Nie kłam. Nie teraz.
Staszek potarł twarz rękami. Wyglądał, jakby się postarzał o dziesięć lat w ciągu minuty.
– Znali się jakoś z osiem lat. Może więcej. Nie wiem dokładnie. Henryk nie chwalił się, ja go nie wypytywałem. Wiedziałem, że jeździ do niej, a nie na ryby. Ona jest z Puław.
– Z Puław – powtórzyłam.
– Jest sama. Chyba rozwódka. Henryk… on jej pomagał. Finansowo. Mówił, że to taki obowiązek. Że ona nie ma nikogo.
– A ja miałam jego.
Staszek nie odpowiedział. Wstałam, podziękowałam mu za herbatę, której nie wypiłam, i wyszłam. Na ulicy kwitły kasztanowce. Pachniały tak intensywnie, że na moment zapomniałam, po co tu przyszłam.
Przez następne tygodnie zbierałam fakty jak puzzle, które nie chcą do siebie pasować. Nie pasowały, bo obraz, który tworzyły, nie zgadzał się z obrazem, który nosiłam w głowie przez trzydzieści lat. Henryk – cichy, porządny, stabilny.
Henryk, który co roku kupował mi kwiaty na imieniny. Henryk, który grał z wnukami w karty, naprawiał Magdzie kran w Warszawie, kiedy przyjeżdżał w odwiedziny. Ten sam Henryk jeździł do Puław do kobiety, która dostawała od niego pieniądze. I lokatę z dyspozycją na wypadek śmierci.
Nie musiałam sprawdzać, ile było na tej lokacie. Nie o pieniądze chodziło. Chodziło o to, że Henryk planował. Że poszedł do banku, usiadł przed urzędniczką i powiedział: po mojej śmierci proszę to przekazać Agnieszce Nawrockiej. Że myślał o niej w kontekście swojego odejścia.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!





