„Nie pamiętam, żeby o tym wspominano.”
„Gdzie on to trzymał?”
„W szufladzie kuchennej obok kuchenki.”
Amelia przeszukała inwentarz dowodów.
Nóż. Koszula. Buty. Rozbite szkło. Portfel. Paragony. Telefon. Ściereczki kuchenne.
Brak magnetofonu.
Jej puls przyspieszył.
„Gavin” – zapytała ostrożnie – „czy Martin kiedykolwiek nagrywał rozmowy?”
Na linii zapadła cisza.
Potem Gavin powiedział: „Kiedyś mnie nagrał przypadkiem. Żartowaliśmy z tego”.
Amelia wstała i już sięgała po płaszcz.
„Gdzie znajdowała się szuflada kuchenna w stosunku do miejsca, w którym zmarł?”
„Około sześciu stóp stąd.”
„A gdyby ludzie kłócili się w tej kuchni…”
„Mogły zostać nagrane”.
Amelia zamknęła oczy.
Brak magnetofonu sam w sobie nie dowodziłby niewinności. Mógł zostać zgubiony, wyrzucony, nigdy nie włączony. Ale jeśli Martin Keller nagrał coś tamtej nocy i ktoś go usunął przed przybyciem policji, to pierwotne miejsce zbrodni od początku było niekompletne.
Tego wieczoru Amelia pojechała do starego domu Kellerów.
Od czasu morderstwa dom został sprzedany dwukrotnie. Obecny właściciel, bibliotekarz szkolny, pan Bell, otworzył drzwi w okularach do czytania i z wyrazem głębokiego zaniepokojenia na twarzy.
„Widziałem wiadomości” – powiedział, zanim Amelia zdążyła wyjaśnić. „Jesteś tu w sprawie człowieka, którego o mało nie stracono”.
“Tak.”
Otworzył drzwi szerzej. „Proszę.”
W domu pachniało cytrynową pastą i starym drewnem. Amelia ostrożnie przechadzała się po nim, wyobrażając sobie układ ze zdjęć, które studiowała miesiącami. Kuchnia została odmalowana, szafki wymienione, podłoga odnowiona.
Wszystko wyglądało czysto i zwyczajnie.
To w pewnym sensie pogorszyło sprawę.
Pan Bell obserwował ją z progu. „Czego szukasz?”
„Jeszcze nie wiem.”
„To brzmi trudno.”
„Zwykle tak jest.”
Zaprowadził ją do garażu, gdzie na metalowych półkach piętrzyły się stare przedmioty pozostawione przez poprzednich właścicieli. Większość była bezużyteczna – puszki z farbą, karnisze, pęknięty abażur, pudełko niedopasowanych płytek.
Wtedy Amelia zobaczyła karton z napisem ŚMIECI KUCHENNE.
Jej serce zaczęło walić.
W środku znajdowały się uchwyty szuflad, zardzewiały otwieracz do butelek, wyblakłe instrukcje obsługi urządzeń i mała plastikowa tacka, która wyglądała, jakby kiedyś mieściła się w szufladzie.
Brak rejestratora.
Starała się nie okazywać swojego rozczarowania.
Potem pan Bell powiedział: „Jest jeszcze strych”.
Strych był wąski i gorący, pełen pyłu izolacyjnego i zapomnianych przedmiotów. Amelia używała latarki w telefonie, omiatając nią belki i pudła, aż coś słabo odbiło się w pobliżu otworu wentylacyjnego.
Mała metalowa obudowa.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!





