Dwukrotne przejęcie ziemi
Właśnie kupiłem 200 akrów surowej ziemi za dwa tysiące. Tak, 2000 dolarów. Czterdzieści osiem godzin później jakaś kobieta wkracza na bruk w designerskich szpilkach, jakby była właścicielką tego miejsca, wciska mi segregator w twarz i mówi: „Jesteś winien naszej wspólnocie właścicieli domów 15 000 dolarów zaległych opłat i wykroczeń”.
Rozglądam się – nic poza wiatrem, trawą i kilkoma krowami gapiącymi się na nas, jakby zastanawiały się, co się do cholery dzieje. Żadnych domów poza jej domem, żadnych ogrodzeń, żadnych dróg, dosłownie pusta preria. Mówi, że poprzednia właścicielka podpisała umowę z zarządem wspólnoty mieszkaniowej jej rodziny. Wyciągam akt własności i mówię jej, że to moja ziemia, nie ma tu żadnego zarządu wspólnoty.
Uśmiecha się tak, jakby miała zamiar wygrać.
Wielki błąd. Bo ten mechanik od diesla właśnie zamienił swój mały rodzinny przekręt w koszmar dla rządu federalnego.






