Myślałam, że zostanie matką będzie najtrudniejszym wyzwaniem, z jakim kiedykolwiek się zmierzę, ale nigdy nie spodziewałam się, że poczuję się tak samotna, zanim jeszcze urodziło się moje dziecko. Patrząc wstecz, żałuję, że nie zorientowałam się dużo wcześniej, że coś jest bardzo nie tak.
Zegar na stoliku nocnym świecił, wskazując 2:47, a ja nie spałam dłużej niż 20 minut bez przerwy. Plecy bolały mnie nieustannie, jakby ktoś wbił mi cegłę pod kręgosłup, a maleńkie szpileczki dziecka uderzały o moje posiniaczone żebra w rytmie, który wydawał się wręcz okrutny.
Byłam w trzydziestym czwartym tygodniu ciąży, a moje ciało już nie należało do mnie.
Obróciłam się na lewy bok, potem na prawy, usiadłam, położyłam się z powrotem i powtórzyłam całą sekwencję, poprawiając jednocześnie poduszkę ciążową. Wstałam, żeby się wysikać, co zdarzało się co godzinę, po raz czwarty tej nocy, poczłapałam do łazienki i wróciłam, starając się nie skrzypieć podłogi.
Nie spałem dłużej niż 20 minut.
Obok mnie mój mąż, Ryan, westchnął głęboko i teatralnie, naciągając poduszkę na głowę.
Nasze mieszkanie było malutkie: jedna sypialnia, trzy piętra wyżej, takie, gdzie nawet szept się niósł. Nie było kanapy wystarczająco dużej dla dorosłego, a kącik dziecięcy był w zasadzie łóżeczkiem wciśniętym między komodę a szafę.
Pamiętam, jak Ryan masował mi stopy w pierwszym trymestrze. Przynosił mi herbatę imbirową i żartował, że nasze dziecko już nami pomiata.
Ta wersja jego osoby przypominała mi historię, którą ktoś mi kiedyś opowiedział.
Przypomniałem sobie, jak Ryan masował mi stopy.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






