REKLAMA

Ostatni zegarmistrz

REKLAMA
Ostatni zegarmistrz
REKLAMA

Prolog: Dźwięk, który przetrwał świat

Północna ściana warsztatu Starego Saleha nie była po prostu ścianą; była żywym organizmem, skomplikowanym gobelinem uткаnym z żelaza, mosiądzu, drewna i drżącego powietrza. Wisiało na niej dokładnie sto osiemdziesiąt siedem zegarów. Każdy z nich żył własnym życiem, oddychał swoim rytmem i opowiadał osobną historię o przemijaniu.

Były tam ciężkie zegary szafowe z czarnego dębu, których wahadła poruszał potężny, majestatyczny impet, uderzając o drewniane ściany pudła głębokim, rezonującym tik-tok, przypominającym bicie serca wielkiego olbrzyma. Były tam delikatne francuskie kominkowe zegary ze złoconego brązu, otoczone girlandami z liści akantu, które cykały nerwowo, szybko, jakby obawiały się, że zabraknie im sekund do nadejścia kolejnej minuty. I były też zegary kieszonkowe, wiszące na skórzanych rzemykach wzdłuż rzędów wygasłych warsztatowych lamp – malutkie kieszonkowe wszechświaty, które spoczywały w bezruchu, czekając, aż czyjaś ciepła dłoń nakręci ich sprężynę i przywróci je do świadomości.

Saleh, siedemdziesięcioletni mistrz sztuki zegarmistrzowskiej, spędził w tym pomieszczeniu niemal sześćdziesiąt lat. Jego świat pachniał specyficzną mieszaniną starego oleju kostnego, rozgrzanego mosiądzów, spirytusu technicznego, drewna orzechowego i kurzu, który osiadał na meblach niczym niewidzialny popiół dawnych epok.

W tym świecie Saleh nie był zwykłym rzemieślnikiem. Dla mieszkańców starej dzielnicy miasta był kimś w rodzaju strażnika porządku kosmicznego. Kiedy komuś zatrzymywał się zegar po zmarłym ojcu, kiedy wesele miało się zacząć, a zegar ścienny nagle zamierał, lub kiedy mąż wracał po latach rozłąki i chciał sprawdzić, czy czas uszanował jego powrót – wszyscy szli do Saleha.

A on przyjmował każdego z powagą kapłana celebrującego starożytny rytuał. Zdejmował druciane okulary, przecierał je skrawkiem zamszu, oświetlał mroczny warsztat lampą naftową o zielonym abażurze i pochylał się nad wnętrzem mechanizmu, posługując się pęsetą o cienkich jak włos końcówkach.

– Zegar to nie jest maszyna, panie Jasie – powtarzał często swoim nielicznym klientom, podczas gdy wokół nich szalała kakofonia tykania. – Zegar to próba człowieka, by ujarzmić boga. Próbujemy zamknąć wieczność w klatce z kół zębatych. Ale wieczność zawsze znajdzie szczelinę, by się ulotnić.

Klient zwykle uśmiechał się pobłażliwie, płacił odliczoną kwotę za usługę, odbierał lśniący, naprawiony przedmiot i wychodził w zgiełk nowoczesnego, pędzącego miasta, gdzie tramwaje dzwoniły na alarm, a reklamy świetlne rozbijały noc na tysiąc kolorowych kawałków.

Saleh zostawał sam. Sam z setką zegarów. I z własnymi myślami, które z każdym rokiem stawały się cięższe, gęstsze i bardziej melancholijne.

Rozdział I: Architektura milczenia

Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!

REKLAMA
REKLAMA