O ósmej wiatr znad przełęczy trząsł pojedynczą szybą w salonie. Niemowlę leżało na sztruksowej sofie, z drobną, czerwoną twarzą, krzycząc cienkimi, rytmicznymi okrzykami. Frank nie podniósł wzroku znad skórzanej walizki na stoliku kawowym. Złożył grafitową wełnianą marynarkę i położył ją płasko w środku.
„Nie da się w tym dojechać do Denver” – powiedziałem, przyciskając wilgotny wełniany koc do piersi, żeby osłonić ramiona przed przeciągiem. „Robotnicy drogowi jeszcze nie uprzątnęli dolnego zakrętu”.
„Równiarka zawsze jedzie o dziewiątej” – powiedział Frank beznamiętnym głosem. Zamknął mosiężne zatrzaski walizki dwoma mocnymi kliknięciami.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






