Zrobiłem krok naprzód, potem drugi.
Piasek pod nim był wciąż mokry – zbyt mokry. Nie tak, jakby dopiero co wyrzuciło go na brzeg, ale jakby fala przypływu cofnęła go, ostrożnie, celowo, jakby ocean go unikał.
Gdy w końcu tam dotarłem, zauważyłem coś, czego nie widziałem z daleka.
To było oddychanie.
Nie szybko. Nie w panice. Po prostu… powolne, głębokie rozszerzanie się wzdłuż boków jego ciała, jakby samo morze wciąż było w nim, nie chcąc się wydostać.
Powinienem był uciekać.
Zamiast tego przykucnąłem.
Skóra nie była gumowata, jak początkowo myślałem. Przypominała raczej warstwową, szklistą tkankę – miejscami półprzezroczystą, z ciemnymi liniami przesuwającymi się pod nią, niczym prądy w wodzie. Ogon drgnął raz, tylko lekko, rysując linię na piasku, która po przepłynięciu nad nim nie wyglądała już jak piasek… bardziej jak popiół.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!





