Prawie powiedziałam „nie”. Miałam ku temu wszelkie powody. Ale w jego oczach było coś, co nie należało do siedemnastolatka. Coś trwalszego niż to, co czułam od roku.
„Tak” – wyszeptałem.
Tej nocy stałam przy kuchennym oknie i patrzyłam, jak światło w sypialni Eli pali się długo po trzeciej nad ranem, i zastanawiałam się, na co do cholery się właśnie zgodziłam.
Jego matka zadzwoniła do mnie trzeciego dnia.
Światło w oknie sypialni Eliego stało się moim nowym zegarem.
Po północy, po drugiej, po trzeciej. Niektórymi nocami stałem przy zlewie w kuchni i patrzyłem, jak płonie, podczas gdy reszta ulicy spała.
Jego matka zadzwoniła do mnie trzeciego dnia.
„Mave, bolą go palce” – powiedziała. „Owinęłam je zimnymi bandażami, a on je rozwinął. Opuścił test z chemii”.
„Czy mam go powstrzymać?”
„Nie sądzę, żeby cokolwiek mogło” – powiedziała cicho. „On siedział przy tej maszynie, odkąd dosięgnął pedału. Wiesz o tym”.
Dwa tygodnie wydawały się niemożliwe.
Wiedziałam. Patrzyłam, jak obszuje mi zasłony, podczas gdy sześcioletni Eli karmił ją szpilkami z magnetycznego pojemnika i pytał, dlaczego nitka ma numer. Gdy miał dziesięć lat, szkicował sukienki na marginesach zeszytu z ortografii. Gdy miał trzynaście lat, przerabiał swoje żakiety w jej starym Singerze.
Rozłączyłam się i przycisnęłam czoło do chłodnej szyby.
Dwa tygodnie wydawały się niemożliwe. Dwa tygodnie były jak odliczanie do kolejnego rozczarowania, które będę musiała znieść dla mojej córki.
Tymczasem Hazel zatonęła.
Przestała schodzić na śniadanie. Trzy dni z rzędu nosiła tę samą szarą bluzę z kapturem. Kiedy pukałem, odpowiadała sylabami.
Czwartego dnia poszłam do jej pokoju, żeby wymienić pranie i znalazłam pod łóżkiem notes.
Próbowałem utrzymać ją w ryzach małymi kłamstewkami.
„Po prostu załatwiam sprawy” – mawiałam, kiedy kupowałam jedwabne nici w kolorze kości słoniowej w sklepie z artykułami do robótek ręcznych, bo Eli wysłał mi listę SMS-ów.
Czwartego dnia poszłam do jej pokoju, żeby wymienić pranie i znalazłam pod łóżkiem zeszyt. Nie ten z pierwszego roku, który przeglądałam kilka miesięcy temu, za książkami w miękkiej oprawie. Nowszy. Z drugiego roku, w jej ciaśniejszej, bardziej gniewnej dłoni.
Nazwy. Całe strony.
Dziewczyny, które szeptały, gdy przechodziła obok. Chłopcy, którzy publikowali posty tydzień po pogrzebie Masona. Komentarze, które robiła zrzuty ekranu, drukowała i wciskała między strony jak suszone kwiaty, które poczerniały.
Podniosłem telefon i zrobiłem zdjęcia stronom po kolei.
Usiadłem na jej dywanie i przeczytałem każdą stronę.
To był antagonista. Nie sprzedawczyni. Nie wystawa sklepowa.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






