REKLAMA

Ostatni zegarmistrz

REKLAMA
Ostatni zegarmistrz
REKLAMA

Rozdział II: Odległe echa w cyfrowym świecie

Lata mijały, a dystans między ojcem a synem rósł w tempie wprost proporcjonalnym do sukcesów akademickich i zawodowych Murada.

Początkowo były to długie, regularne rozmowy telefoniczne w każdą niedzielę wieczorem. Saleh podnosił słuchawkę z bakelitu, a Murad opowiadał o skomplikowanych algorytmach, teorii struktur materiałowych, projektach mostów i perspektywach międzynarodowej kariery. Ojciec słuchał z dumą, choć połowy terminów technicznych w ogóle nie rozumiał. Dla niego liczył się sam głos syna – ten niski, opanowany ton, który brzmiał w słuchawce niczym dobrze nastrojony mechanizm zegarowy.

Z czasem jednak telefony stały się rzadsze. Zamiast niedzielnych rozmów pojawiły się krótkie wiadomości tekstowe, a potem – tygodnie milczenia, przerywane jedynie zdawkowymi przelewami bankowymi, którymi syn próbował spłacić swój synowski dług moralny. Murad rzucił się w wir korporacyjnego świata wielkiej metropolii. Awansował błyskawicznie – najpierw na starszego projektanta, potem na kierownika departamentu, a ostatecznie na wiceprezesa ds. rozwoju międzynarodowego w globalnej korporacji budowlanej.

Jego życie stało się ciągiem lotów transatlantyckich, spotkań zarządu w szklanych wieżowcach o oszałamiającej wysokości, negocjacji kontraktów w milionach dolarów i niekończących się koktajli biznesowych. Murad ożenił się z kobietą z kręgów finansowych, mial dwójkę dzieci, których twarze Saleh znał jedynie z małych, błyszczących ekranów smartfona, kiedy syn czasem od niechcenia przesyłał rodzinne zdjęcie z wakacji na Lazurowym Wybrzeżu.

W tym samym czasie Saleh starzał się w swoim warsztacie. Jego dłonie, kiedyś tak pewne i szybkie, teraz drżały lekko o porankach. Wzrok słabł, przez co musiał używać potrójnych szkieł powiększających. Klienci rzadziej przynosili stare zegarki do naprawy; młode pokolenie wolało wyrzucić zepsuty przedmiot i kupić tani, chiński zegarek kwarcowy z supermarketu, który po wyczerpaniu baterii lądował w koszu na śmieci.

Prawda o świecie wokół niego docierała do Saleha powoli, niczym kropla wody drążąca skałę. Świat przestał szanować czas. Przestał go celebrować. Czas stał się surowcem do przerobienia, tanim towarem masowej produkcji.

Aż przyszedł ten jesienny dzień, kiedy drzwi warsztatu otworzyły się z cichym, eleganckim trzaskiem, a w progu stanął obcy człowiek w idealnie skrojonym włoskim garniturze, pachnący drogimi perfumami i zimnym powietrzem klimatyzowanego samochodu.

Rozdział III: Powrót syna marnotrawnego w garniturze

Saleh siedział nad otwartym mechanizmem szwajcarskiego chronometru marki Omega z lat pięćdziesiątych, kiedy usłyszał ten krok. Krok był szybki, pewny siebie, pozbawiony szurania, jakie cechowało stałych bywalców jego warsztatu.

– Otworzyłem już… – zaczął ojciec, nie podnosząc wzroku, licząc zęby na małym kole wychwytowującym. – Chwileczku, muszę dobrać oliwę…

– Cześć, tato.

Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!

REKLAMA
REKLAMA