Wziął mnie za rękę. „Wtedy coś wymyślimy”.
„Nie boisz się?”
“Przerażony.”
Śmiałam się przez łzy. Pocałował mnie w czoło i powiedział, że zadzwoni rano.
Nie, nie zrobił tego.
Do południa moje wiadomości leżały nieprzeczytane. Wieczorem w jego telefonie od razu włączyła się poczta głosowa. Następnego dnia pojechałem do jego mieszkania i zastałem połowę szafy już pustą.
Nie dał się przytłoczyć. Nie zapomniał zadzwonić.
Poszedł gdzieś celowo.
Przestałam czekać mniej więcej w piątym miesiącu – mniej więcej wtedy, gdy dziadek Walter skończył szlifować łóżeczko w garażu i powiedział mi, że damy radę, tylko we troje. Moi rodzice zmarli, gdy miałam dziesięć lat. Dziadek wychowywał mnie od tamtej pory, woził mnie na każdą wizytę, płakał, gdy technik mówił „dziewczynka”.
Kiedy więc wjechałem na żwirową drogę z trzynastodniową Norą, spodziewałem się łez.
Nie spodziewałem się tego, co dostałem.
Dziadek zobaczył samochód i poderwał się tak gwałtownie, że jego kubek z kawą roztrzaskał się o deski werandy. Zszedł po schodach po dwa stopnie naraz – szybko, siedemdziesiąt trzy – z rozpostartymi już ramionami.
„Powiedz cześć swojemu pradziadkowi” – powiedziałem, wsuwając Norę w zgięcie jego łokcia.
Cała jego twarz się rozjaśniła. Potem przechylił ją w stronę światła, żeby lepiej się przyjrzeć.
Jego wzrok przesunął się z jej niepasujących do siebie oczu na dołek w brodzie.
Cała krew odpłynęła mu z twarzy.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






