Tego wieczoru muzeum wyglądało przepięknie. Zachodzące słońce odbijało się od wypolerowanych ekspozycji samolotów. Wejście zdobiły amerykańskie flagi. Wolontariusze witali gości w granatowych marynarkach.
Rodziny przechadzały się po wystawach. Weterani ściskali sobie dłonie. Dzieci z entuzjazmem wskazywały na samoloty wiszące pod sufitem.
Po raz pierwszy od kilku tygodni dałem upust swoim zdenerwowaniu.
Nie z powodu Grega. Nie z powodu Blake’a. Nie z powodu żadnej fantazji o zemście.
Bo nagle nie chodziło już o zwykłą kolację.
Chodziło o ludzi. Prawdziwych ludzi. Prawdziwych wspomnień. Prawdziwych konsekwencji.
Frank znalazł mnie przy wejściu.
„Wyglądasz na zdenerwowanego.”
„Jestem zdenerwowany.”
“Dobry.”
Zaśmiałem się.
„To ma pomóc?”
„To znaczy, że traktujesz to poważnie”.
Wyprostował krawat.
„Będzie dobrze.”
Nie byłem do końca przekonany, ale doceniam ten wysiłek.
Goście wciąż przybywali. W końcu dostrzegłem Grega.
Wszedł z Blakiem, Duke’iem, Marci i kilkoma wspólnikami. W chwili, gdy Blake zobaczył mnie stojącego obok Franka Dawsona, dostrzegłem na jego twarzy wyraz konsternacji.
A potem zaniepokojenie.
Potem nastąpiło coś bardzo zbliżonego do paniki.
Dobry.
Nie dlatego, że chciałem go upokorzyć. Bo tym razem zwrócił na mnie uwagę.
Greg podszedł powoli. Jego uśmiech wyglądał na bolesny.
“Ładnie Pan wygląda.”
„Dziękuję. Tobie również.”
Niezręczny.
Bardzo niezręczne.
Frank uprzejmie uścisnął dłoń Grega. Bez wrogości. Bez chłodu. Po prostu profesjonalizm.
Co w pewnym sensie wszystko pogorszyło.
Zajęliśmy swoje miejsca.
Sala wypełniła się prawie 300 osób. Weterani. Darczyńcy. Rodziny wojskowych. Przedstawiciele władz miasta. Reporterzy. Lokalna ekipa telewizyjna.
Energia była pełna szacunku. Nie krzykliwa. Nie teatralna.
Prawdziwy.
Przeczytaj więcej, klikając przycisk ( DALEJ »» ) poniżej!






