Zaśmiałem się.
– A co tam będziesz robić?
— Łowienie ryb. Czytanie. Sadzenie pomidorów. Może się ożenię.
Prawie się zakrztusiłem herbatą.
– Piotrze Iwanowiczu!
– Żartuję.
Zatrzymał się, po czym dodał:
– Choć życie lubi zaskakiwać.
Spojrzałem na niego i pomyślałem, że ma rację.
Myślałam, że życie się nie zmieni w wieku siedemdziesięciu jeden lat. Zostały mi tylko tabletki, paragony, znajome drogi i ostrożne rozmowy przy wejściu do mieszkania.
Okazuje się jednak, że nawet w naszym wieku można spotkać osobę, która najpierw staje się sąsiadem, potem rozmówcą, a następnie częścią naszych niedzielnych spotkań.
I wcale nie ma znaczenia, że wylał mój rosół do zlewu.
Bo nie wylał na niego całego mojego zmartwienia.
Opiekował się nią najlepiej jak potrafił.
I teraz już wiedziałem: czasami człowiekowi nie potrzeba jedzenia. Nie rady. Nie litości.
Czasami musi usłyszeć kroki za drzwiami i zrozumieć, że świat jeszcze go nie wymazał ze swojego życia.
Piotr Iwanowicz podniósł puchar.
— Na niedziele?
„Na niedziele” – odpowiedziałem.
I za to, że pewnego dnia drzwi w końcu się otworzyły.






